niedziela, 11 stycznia 2015

Changes

Zmiany, zmiany, zmiany. Bez żadnego wstępu oznajmiam, że byłam w rematchu. Jakiś miesiąc temu (!).

Otóż…

Rodzina u której mieszkałam w Connecticut okazała się nie być takim perfect matchem jak to się na początku wydawało. Miesiąc miodowy, który dane nam było przeżyć po moim przyjeździe minął bezpowrotnie, relacje między mną a rodziną stopniowo stawały się coraz chłodniejsze, ciężkie czasy nastały z moim host dzieckiem a wszystko to doprowadziło do tego, że godzina pociągiem do Nowego Jorku wydłużyła się do 2,5 godzin samolotem…Ale od początku.

Moje pierwsze dni u rodziny były cudowne – L. nie chciał mnie odstąpić na krok, mówił, że mnie kocha, a jego rodzice się zachwycali jak my to się cudownie dogadujemy. To trwało może jakiś tydzień. Czy dwa. Później ekscytacja L. opadła, oswoił się z faktem, że ktoś obcy będzie mieszkał w jego domu i będzie się nim opiekował. Byłam jego pierwszą Au pair, ale zdawało się, że bez problemu dostosował się do nowej sytuacji. Wszystko było w porządku dopóki L. nie zauważył, że jego Au pair tak właściwie nie przyjechała tu tylko po to, żeby się z nim bawić całymi dniami, ale żeby też mówić mu co ma robić! Tego to on się nie spodziewał! Wygląda na to, że jego plany względem mnie i plany jego rodziców nie do końca się ze sobą pokryły, więc oto mieliśmy problem. Wtedy jeszcze nie sprawiał jakiś niesamowicie dużych problemów. Zawsze wychodziłam z założenia, że jest dzieckiem, więc oczywiście będzie miał swoje zdanie i nie zawsze będzie mu się podobało co ja mówię. W tym założeniu tkwiłam dobre trzy miesiące, kiedy nagle z dnia na dzień L. stwierdził, że spróbuje posunąć się o wiele dalej i wypróbuje na mnie techniki walki, które ćwiczył dla zabawy ze swoim tatą. Tak, tylko, że mając mnie za przeciwnika brał sprawę za bardzo na poważnie  i nie szczędził sił, okładając mnie pięściami, gdy bezczelnie kazałam mu zrobić zadanie domowe. Albo pójść się ubrać. Lubił też krzyczeć na mnie ile sił w płucach jaka to jestem wredna i że mnie nie lubi i że nie będzie robił tego co ja mu karzę. W takich sytuacjach hostka (która pracowała w domu) schodziła na dół, brała chłopca na kolanka i delikatnie sugerowała, że raczej jednak nie powinien tak robić i że będzie miał kłopoty jeśli nie przestanie. Co wtedy myślało sobie 5-letnie dziecko? Hmmm Au pair krzyczeć na mnie za bardzo nie może (bo nie mogła, taką technikę przyjęli rodzice), mama w najgorszym przypadku przyjdzie i powie coś co wejdzie mi jednym uchem a drugim wyjdzie a tak poza tym nic się nie stanie. Więc czemu miałbym być grzeczny? No więc nie był. I dodatkowo oczywiście regularnie wspominał, że mnie nie lubi i swoim zachowaniem dawał mi do zrozumienia, że raczej wolałby, żeby mnie tam nie było. Trwało to kilka tygodni, po których miałam dosyć L. a i moja relacja z hostami się zmieniła. Gdyby tego było mało, w domu pojawiły się kamery, o których hości nie raczyli mnie poinformować. Kamery były widoczne, więc mogłabym to jakoś przełknąć, gdyby tylko  wspomnieli mi słowem, że zamierzają  je zamontować i w jakim celu.

Mijały dni, a ja głowiłam się czy rematch jest dobrym pomysłem, w końcu zawsze mogłam trafić gorzej. Po rozmowie z LCC, której opowiedziałam całą sytuację i która bardzo mnie wsparła, podjęłam ostateczną decyzję. Idę w rematch! Czas nie był sprzyjający, jako że pomiędzy Thanksgiving a Bożym Narodzeniem jest największy przestój w rematchach, więc jest mały wybór jeżeli chodzi o rodziny. Postanowiłam zaryzykować i tak po niecałym tygodniu znalazłam swoją obecną rodzinę.

Od 15 grudnia mieszkam w mieście Alpharetta, w stanie Georgia.

Oczywiście cieszyłam się, że będzie mi dane mieszkać w innej części Stanów, będę blisko Atlanty, poznam nowych znajomych i miejsca. Ale z drugiej strony 4 miesiące to wystarczająco długi czas na to, żeby przyzwyczaić się do miejsca i ludzi. W CT miałam już swoje małe social network, a tu znowu trzeba było zacząć od nowa. Miałam też świadomość, że już nie pojadę w niedzielę do Nowego Jorku, jak to zwykle bywało. A może nawet już wcale tam nie pojadę? Nooo w każdym razie nie, w najbliższym czasie. Wiedziałam też, że będę musiała pożegnać się z kilkoma Au pairkami, z którymi naprawdę się zżyłam i tak jak przypuszczałam, nie było to miłe doświadczenie. A pakowanie? Jedno z moich najbardziej traumatycznych przeżyć! Okazało się, że tyle się tego nagromadziło, że miałam do wyboru albo kupić drugą walizkę albo skorzystać z poczty amerykańskiej. Z dwojga złego wybrałam to drugie i wydelegowałam dwa, wcale nie takie małe, kartony do nowego domu.

Lotnisko w Atlancie podobno jest największym i najbardziej uczęszczanym lotniskiem na świecie. Po tym jaką drogę musiałam przejść (a w zasadzie przejechać metrem) z samolotu do punktu odbioru bagażu jestem w stanie to uwierzyć.  Na szczęście zanim zdążyłam się zgubić zobaczyłam hostów stojących z balonem i kartką z nadrukiem Danusia Welcome to Georgia, więc już niczym nie musiałam się martwić.


Pod opieką mam teraz trójkę dzieci – 7 dziewczynka, 9 i 12 chłopcy. Złote dzieci, ułożone, kulturalne i nie miały problemu z przyjęciem mnie do rodziny. Au pair mają odkąd najstarszy chłopak miał 2 miesiące, a więc nic co związane z programem nie jest im obce. Co po poprzednim doświadczeniu jest miłą odmianą. Rodzina wspaniała, włącznie z wszystkimi zwierzętami, które z nami mieszkają – 2 psy, 2 koty, ryby i jaszczurka (chociaż tu bym nie przesadzała z tą wspaniałością). Jedno wiem na pewno – rematch był w moim przypadku najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć.