piątek, 12 grudnia 2014

Mom in the city

Jeden tydzien w listopadzie dane mi bylo spedzic z mama, ktora przyleciala mnie odwiedzic. Bardzo sie cieszylam na ta wizyte ale jeszcze zanim przeleciala ja juz obawialam sie pozegnania przez ktore bedziemy musialy znowu przechodzic tydzien pozniej. Dla mnie idealne pozegnanie polegaloby na powiedzeniu sobie zwyklego "czesc", cos z stylu "widzimy sie za kilka godzin". Bez dramy, bez lez, idealnie. Ale wiadomo, tak sie z mama, ktora zobaczysz za ponad pol roku nie pozegnasz. Ale wracajac do poczatku, w sobote odebralam mame z lotniska, ktora byla jednym wielkim klebkiem nerwow. Lot samolotem miala za soba nie raz, ale nigdy nie leciala sama. Do Ameryki. Z przesiadka. Znajac jedynie podstawy angielskiego. Jeszcze kilka miesiecy temu bym nie pomyslala (ona sama zreszta tez) ze sie na takie cos zdobedzie. Bez przygod sie oczywiscie nie obylo - pamietajcie, 1,5h na przesiadke to zdecydowanie za MALO! Trzeba wziac pod uwage opoznienie samolotu, poczucie humoru osoby ktora projektowala uklad lotniska i inne przypadki. Podczas podrozu tutaj ledwo zdazyla na samolot lecacy z Berlina do Nowego Jorku a wracajac do Polski musiala czekac 9h na lotnisku w Berlinie jako ze lot z Nowego Jorku (jako jeden z dwoch pechowych lotow wsrod dziesiatek innych lotow ktore tego dnia mialy miejsce na JFK) byl opozniony godzine, a pozostale 30 minut nie wystarczylo zeby dostac sie z jednego samolotu do drugiego. 
Ale do rzeczy. W niedziele zabralam mame do Nowego Jorku. Mialysmy tam tylko jeden dzien dlatego chcialam jej pokazac najwazniejsze rzeczy. Cos w tym wszystkim bylo bardzo surrealistycznego. Ja sama czasem w dalszym ciagu nie umiem uwierzyc w ze tu jestem i moge sobie jezdzic do Nowego Jorku w niedziele jezeli akurat nie mam innych planow haha. (Ale to brzmi!) ale dodajac do tego fakt, ze spacerowalam z moja mama po Wall Street czy w Central Parku byl juz kompletnie "mind blowing". Byl to naprawde wspanialy dzien. Wieczorem zabralam mame na show "Mamma mia" na Broadwayu, jako ze obie uwielbiamy film Mamma mia. Bylo to chyba dla niej najwieksze przezycie w trakcie pobytu tutaj. Przyznaje ze ja tez bylam pod ogromnym wrazeniem. 








Podczas kolejnych dni pokazalam mamie okolice w ktorej mieszam, nie bralam wakacji na ten tydzien dlatego nie moglysmy sie zapuscic nigdzie dalej. Mamie to jednak nie przeszkadzalo, poprobowala "pysznego" amerykanskiego jedzenia, zobaczyla jak wyglada moje zycie tutaj i generalnie wydawala sie dobrze bawic. 


No tak, pojechalysmy jeszcze na Yale tour, ktore bylo moim cluster meeting. Nie kazdy ma okazje zobaczyc Yale, jedna z uczelni Ivy League, dlatego pomysl ten bardzo spodobal sie mojej mamie. Pochodzilysmy po kampusie,  (ja wyobrazalam sobie siebie jako tamtejsza studentke) i pojechalysmy na mecz footballu amerykanskiego pomiedzy Princton a Yale. Zamarzajac i ogladalajac biegajacych w roznych kierunkach, napakowanych zawodnikow oraz slyszac co chwile gwizdek sedziego nie bylam w stanie wydedukowac what the hell sie dzialo na tym boisku. Obiecalam sobie poczytac o zasadach tego sportu ale moj zapal ostygl zaraz po tym jak wsiadlam do cieplego auta. I do tej pory nic na temat footballu nie wiem. 








W niedziele przyszedl czas na odwiezienie mamy na lotnisko i pozegnanie. Bez lez sie nie obylo but well. Moj rok w Stanach dalej trwa wiec musze sie nim cieszyc dopoki moge. Na lzy jeszcze przyjdzie czas w polowie sierpnia, kiedy na jakis (mam nadzieje nie dlugi) czas bede musiala sie pozegnac z Ameryka.

1 komentarz:

  1. Ale super! Wszystko się udało, mimo jakichś kiepskich przygód po drodze :).

    OdpowiedzUsuń