wtorek, 9 września 2014

Living my life

W końcu się zabrałam do napisania tego posta! Lenistwo to naprawdę kiepska sprawa...Postaram sie nie robić takich długich przerw, bo ze swoją pamięcią jest mi ciężko odtworzyć, co się działo dwa tygodnie wcześniej. Co tu dużo mówić. Ciągle coś się dzieje, Nowego Jorku chwilowo mam dosyć (chociaż długo to pewnie nie potrwa), dlatego że spędziłam tam prawie każdy weekend od mojego przyjazdu tutaj. Nie zamierzam narzekać, oj nie! NYC to przecudowne miasto, magiczne i jak niektórzy potrzebują czasu, by się do niego przekonać, tak mnie od razu się spodobał! Czuję, że mam ogromne szczęście, że mieszkam tak blisko. Ale od początku.
W niedzielę 24 sierpnia pojechałam gdzie?... oczywiście do NYC. Spotkałam się z polską i niemiecką au pair, z którymi wybrałam się znów na Brooklyn Bridge, a później skorzystałyśmy z darmowego promu płynącego na Staten Island. Podczas rejsu można podziwiać Statuę Wolności i piękne widoki na Manhattan z wieżowcami odbijającymi się w rzece. Nie umiałam się napatrzeć! No i fakt, że patrzyłam na Statuę też okazał się dla mnie wyjątkowo ekscytujący:P Była to raczej spokojna niedziela, nie spieszyłyśmy się wcale, zwyczajnie wędrowałyśmy sobie po mieście, ciesząc się pogodą.

Trzeba było zostawić po sobie pamiątkę!







W tygodniu raczej nic bardzo ekscytującego się nie wydarzyło, poza pojedynczymi spotkaniami z innymi au pair czy cieszeniem się chwilami spokoju dla siebie. Jako że chłopiec chodził na campa, pół dnia miałam wolne, dlatego czas spędzałam wylegując się na plaży czy chodząc do pobliskiego parku. Ale w końcu nadszedł weekend, więc...trzeba było pojechać do NYC! Przecież całe 5 dni mnie tam nie było, to stanowczo za długo! Początkowo plan był taki, że razem z dwoma innymi au pair będę w NYC spać. Spakowałam więc całą torbę rzeczy, które miałyby mi się podczas tego weekendu przydać, a po przyjeździe do miasta okazało się, że właściciel miejsca, które miałyśmy zabukowane siedzi sobie na plaży na Florydzie, więc nie bardzo ma możliwość, żeby nas u siebie ugościć...Fantastycznie. Nie zostało nam nic innego jak tułać się po ulicach z ciężkimi torbami na ramionach, a na noc wrócić do domu. Odwiedziłyśmy Central Park, który jak już chyba wspomniałam UWIELBIAM! Natomiast wieczorem przechodząc przez Times Square uległyśmy pewnemu sympatycznemu panu, który sprzedawał bilety na broadway'owe stand upy komediowe. Dumne z siebie, że wcale nie dałyśmy mu się tak całkiem naciągnąć i że dobiłyśmy świetnego targu (2 bilety w cenie jednego) udałyśmy się do naszego Broadway Comedy Theatre. Na miejscu już nie byłyśmy tak do końca przekonane czy rzeczywiście jesteśmy takie sprytne, bo w trakcie show TRZEBA było kupić co najmniej dwa napoje! A gdybym nie kupiła (co by się okazało pod koniec występów) to by mnie stamtąd nie wypuścili czy jak? Śmieszna sprawa. W każdym razie nie żałuję, że jednak dałyśmy się omotać chłopakowi z Times Square, bo stand upy to był jeden z punktów na mojej bucket list. Zobaczone - skreślone.
W niedzielę z kolei był w Nowym Jorku Brazilian Day. Całe zamieszanie miało miejsce na 6th Avenue, było głośno, tłumy Brazylijczyków i oczywiście brazylijskie jedzenie, którego nie omieszkałam skosztować. Jako że żadne z nas Brazylijki to szybko nas ta impreza znudziła i znów wybrałyśmy się do Central Parku. Ledwo tam dotarłyśmy zaczęła się ulewa jakiej chyba jeszcze nie widziałam i jak nie trudno się domyślić prysznic raczej nie był nam już tego dnia potrzebny. I po zabawie! Pojechałam do domu "zdrzemnąć się" troszkę dlatego że następnego ranka - o 5.02 miałam pociąg!!! - znów wróciłam do NYC na koncert Maroon 5 przy Rockefeller Plaza. Był to darmowy koncert dla porannego programu Today telewizji NBC. Nie do końca opłacało się wstawać o 4 (!), żeby zobaczyć w zasadzie tylko głowę Adama wielkości orzeszka i usłyszeć 4 piosenki z 15-minutowymi przerwami pomiędzy. Ale znów muszę powiedzieć, że nie żałuję - jakby nie było słyszałam ich na żywo i widziałam na telebimach! :D




                                                                 Zdjęcia nawet w połowie nie oddają tego co tam się działo!


<3

W miniony weekend pracowałam, jednak udało mi się wygospodarować kilka wolnych godzin na przejażdżkę do New Haven, gdzie znajduje się Uniwersytet Yale - jedna z uczelni należących do Ivy League. Przyznaję, że mogłabym w takim miejscu studiować! Miasteczko urocze, nie za duże i faktem jest, że niewiele rzeczy poza Yale można tam zobaczyć. No, Nowy Jork to nie jest! Ale mimo to bardzo mi się podobało.


 akademiki



 Leniwa niedziela

W kierunku, w którym patrzę widać Manhattan, nie jest on niestety widoczny na zdjęciu

Jak mi tutaj jest? Dobrze mi tu jest! Pracy naprawdę nie mam dużo, jako że chłopiec chodzi do szkoły (9-15 mam wolne), a jak wraca ze szkoły to albo ma zajęcia albo się nim zajmuję i ani się nie obejrzę już wieczór! Z hostami też się bardzo dobrze dogaduję, może to dlatego, że ja z natury jestem bezkonfliktowa albo po prostu naprawdę się dopasowaliśmy:D Jakiś czas temu hostka delikatnie zasugerowała, że chcieliby, żebym została na kolejny rok, ale już jej oznajmiłam, że to nie wchodzi w grę. Przynajmniej jak na razie. Bo mimo, że naprawdę dobrze mi się tutaj żyje to nie mam póki co potrzeby przedłużenia programu o kolejny rok. Ale z doświadczenia innych au pair wiem, że na początku większość dziewczyn ma takie odczucia, a po kilku miesiącach nie wyobrażają sobie powrotu do kraju. Ja jednak wiem, że studia chcę skończyć i najpierw spróbować ułożyć sobie życie w Polsce. Ale kto może wiedzieć, co będzie za jakiś czas. Rok temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że w tej właśnie chwili będę sobie siedzieć na ogromnym łóżku w moim nowym domu w USA i myśleć co zabrać ze sobą na wycieczkę nad Niagarę! Tak, kolejny weekend spędzę podziwiając najsłynniejszy wodospad świata! :D do usłyszenia!

7 komentarzy:

  1. A ja bym powiedziała, że Tobie się nawet bardzo dobrze żyje! I zaskoczyło mnie, że już w tym momencie wiesz, że na pewno nie zostaniesz. Rozumiem Twoje podejście, bo moje nie różniło się zbytnio... ale ja na początku jeszcze się wahałam :D

    Buziaki, miłego tygodnia :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem jak czuję w tym momencie, ale co będzie za kilka miesięcy tego nikt nie wie :P kobieta zmienną jest więc pewnie jeszcze z 10 razy mi się zmieni:P

      Buziaki i pozdrawiam!:)

      Usuń
  2. Jakie piękne zdjęcia!
    Ja na tą chwilę jestem pewna, że zostaję. Ciekawa jestem, czy nam się to pozmienia z biegiem czasu :)
    Udanej wycieczki nad Niagarę ;) Ja się wciąż zastanawiam, czy się tam wybrać, więc czekam na relacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że zmieni się nie raz, taki nasz los :P Ale przypuszczam, że jeżeli dalej będzie Ci się tak podobało jak do tej pory to zostaniesz:)

      Niagarę na pewno warto zobaczyć, teraz się zbieram, żeby notkę napisać :D

      Usuń
  3. Odpowiedź na pytanie czy chcesz zostać dłużej, pojawi się prędzej czy później :D. Wszystko się może zmienić, sama wiesz, jak to bywa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak, nie ma co na razie przesądzać sprawy, bo sama wiem jak u mnie z takimi decyzjami:P
      Pozdrawiam!:)

      Usuń
  4. Haaaallllooooo?! Może jakiś nowy wpis czy coś? :p

    OdpowiedzUsuń