niedziela, 6 lipca 2014

Wszystko i nic

O wyjeździe do Stanów marzę odkąd…odkąd  pamiętam. Trwa to już za długo, dlatego mój biedny umysł wyparł z siebie tą jakże istotną informację o tym, kiedy to się faktycznie zaczęło (robi to częściej, o czym zazwyczaj mam szansę przekonać się na egzaminach), dlatego uznaję to za jedno z wielu marzeń z dzieciństwa. Widocznie jako dziecko okazałam się nie być odporna (cóż za niespodzianka) na sztuczki amerykańskiego przemysłu filmowego, który serwował całemu światu wyidealizowany obraz swojego kraju. Dlatego za każdym razem, kiedy spotykałam śmiałków, którzy po powrocie z USA mieli odwagę wmawiać mi, że Aleja Gwiazd w Hollywood to zwykła ulica rodem z Warszawy tyle że z palmami, a żółte taksówki wcale nie są takie fajne to miałam ochotę zapytać Czy wy aby na pewno byliście w TEJ Ameryce?! No błagam, nie wiem, co by się musiało stać, żebym uznała te wszystkie miejsca za mało atrakcyjne. Obiecałam sobie, że nie uwierzę dopóki sama nie sprawdzę i dalej z tą dziecięcą naiwnością widzę siebie stojącą gdzieś na jakimś wzgórzu, patrzącą na słynny napis Hollywood i płaczącą ze szczęścia, że oto ja, której rodzona matka miała dosyć kiedy po raz setny jednego dnia powtórzyłam jej, że chcę do USA, stoję sobie w tym miejscu, oddycham amerykańskim powietrzem i chodzę po amerykańskiej ziemi. W którymś momencie (znowu nie pamiętam w którym) zdałam sobie sprawę że jako starsza o kilka lat osoba, a co za tym idzie teoretycznie kilka lat mądrzejsza powinnam wziąć poprawkę na te wszystkie filmy i TV i przestać ślepo wierzyć w to co prezentują. Próbując zmierzyć się z tą brutalną prawdą krok po kroku zaczęłam sobie uświadamiać, że może faktycznie nie wszystko będzie wyglądało tak jak mi się wydaje. Tylko, że to jest tak jak z książką, której bohatera wyobrażasz sobie jako greckiego boga z wyraźnie zarysowanym każdym mięśniem na torsie, potarganymi włosami i dwudniowym zarostem, a potem tą książkę ekranizują i do roli naszego Apolla obsadzają łysego pana z nadwagą i zakręconym do góry wąsem. Czyli kompletne przeciwieństwo perfekcyjnego wytworu Twojej wybiegającej poza granice zdrowego rozsądku wyobraźni. I już nawet nie chcesz iść do kina, bo Twój światopogląd właśnie legł w gruzach. Ja tak mam. Tak czy siak, nadal mam przeczucie, że nawet jeśli zobaczę sterty śmieci w środku miasta czy poczuję jakiś wyjątkowo paskudny zapach w miejscu co najmniej nieodpowiednim to pod warunkiem, że będzie to Nowy Jork, Los Angeles lub inne amerykańskie miasto to będę skłonna stwierdzić, że nie ma w tym absolutnie nic złego. I znowu wracamy do punktu wyjścia. Pożyjemy – zobaczymy – ocenimy.

Na dzień dzisiejszy pozostało mi dwadzieścia kilka dni do wyjazdu. Gdy było ich o dwadzieścia kilka więcej niż teraz to jedyne co czułam to zniecierpliwienie i ekscytacja. Teraz, mimo że dalej czuję głównie to, zdarzają się chwile słabości, w których strach wślizguje się do mojej świadomości i różne myśli kotłują się w głowie. Zdarzają się też takie, w których kumulują się i ekscytacja i strach i wychodzi ciekawa mieszanka wybuchowa, której nie jestem w stanie zidentyfikować. To chyba znaczy, że nadszedł moment, w którym zdałam sobie sprawę, że za chwilę naprawdę mnie tu nie będzie. Szczególnie, że za mną pierwsze pożegnanie – jedna z przyjaciółek wyjechała za granicę i prawdopodobnie już się nie zobaczymy. Jednak mam nadzieję, że tylko na pół roku, bo wtedy zamierzam ją i kilka innych oprowadzić po Nowym Jorku także dziewczyny nie kupujemy setnej pary butów (P.!) tylko odkładamy na bilet! A buty i tak sobie w NY kupicie.


Właściwie, zamiast gapić się na coraz szybciej przeskakujące cyferki na liczniku powinnam skupić się na prezentach dla rodziny, ale uwaga – pierwszy zakup dokonany. Mały L. dostanie książkę z polskimi legendami po angielsku, tak więc będziemy mieli co robić. Resztą prezentów pochwalę się jak już łaskawie je kupię, co może potrwać do ostatniego weekendu przed wylotem. Mam już też międzynarodowe prawo jazdy (które notabene wstyd komuś pokazać) i powoli dojrzewam do tego, żeby w końcu zabrać się za kupno walizki. B A R D Z O    P O W O L I . . . 

14 komentarzy:

  1. Powiem Ci, że ja byłam lekko zawiedziona Los Angeles :P. Miałam takie podejście, jak Ty do tego no i generalnie to było taaaakie wielkie marzenie! A po wyjeździe tam zmieniło mi się trochę. Oczywiście byłam mega szczęśliwa, że mi się udało tam być, że widziałam to wszystko i w ogóle, ale jednocześnie cieszę się, że jednak tam nie mieszkam :).

    Wracając do Twojej notki... Życzę Ci jak najmniej rozczarowań! A najlepiej w ogóle :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. próbuję się powoli przyzwyczajać do myśli, że faktycznie tak może być:P najwyżej przestanę oglądać amerykańskie filmy, a co! oczywiście sama w to nie wierzę. no nic...zobaczymy jak to będzie, relacje na pewno będą się tutaj regularnie pojawiać :)

      Usuń
  2. Koniec leniuchowania!!! Kupuj walizkę i rób próbne pakowania :)
    Jestem pewien ,że na początku wszystko będzie Cie zachwywać...a potem no cóż....przywykniesz :)

    P.S
    Co do prezentów,
    nie sil się na nic drogiego czy wyszukanego, 99% host rodzin ma gdzieś to co im przywiozłaś. Ja moim przywiozłem xx rzeczy z polski, i największym zainteresowaniem cieszył się miód ( który notabene moja mama wysyła nam co miesiąc ) :)

    Powodzenia,
    i liczę ,że do zobaczenia w NYC :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbne pakowania mówisz...próbować to ja będę upchnąć całą szafę do tej jednej, biednej walizki! :P
      Pewnie, z tymi prezentami to raczej chodzi o gest także nie zamierzam zbytnio się wysilać.
      A więc do zobaczenia, może już za niedługo! :)

      Usuń
  3. haha widzę, że ta książka z legendami polskimi robi furorę (pewnie połowa amerykańskich dzieci już ją ma lub mieć niedługo będzie :P)
    a co do poglądu na wszystko co amerykańskie, przez pryzmat filmów, to mam tak samo :)) ale jakkolwiek rzeczywistość będzie odbiegać od wyobrażeń, to i tak TO ZAWSZE BĘDĄ STANY! :D

    PS bież się za kupowanie walizki, bo czas goni Tik, tak, tik, tak......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawdopodobnie będą znały polskie legendy lepiej niż polskie dzieci :D
      właśnie to zawsze będą Stany także niech już się dzieje co chce!
      goni goni, dlatego na dniach zamierzam w końcu jakąś kupić :))

      Usuń
  4. Fajnie ze załozyłas bloga, bede miała co czytac (tez zamierzam wyjechac) :) Oczywiscie dodaje do obserwowanych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cieszę się, jak już będę w USA to na pewno będą ciekawsze rzeczy do czytania:))
      również dodaję do swojej listy!

      Usuń
  5. jeszcze 14 dni! szybciutko zleci! :)
    ~www.unitedstatesparadise.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurczę już mniej niż 10 dni,ale zleciało ! :) Też staram się nie nastawiać,poza tym lepiej zobaczyć na własne oczy coś zobaczyć i wyrobić sobie zdanie niż ślepo słuchać się innych.
    Kupiłas już walizkę ?:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pewnie, ja tam ludziom nie wierzę :D a o walizce mi nie mów nawet...kupiłam tydzień temu i się okazuje, że nie przyjdzie i muszę nową zamawiać;/

      Usuń
  7. Pisałam Ci już wcześniej, ale się usunęło.
    Też miałam takie wyobrażenie jak Ty o Stanach, 5 lat temu spełniłam swoje marzenie i wyjechałam tam. Byłam w NYC i powiem szczerze (nie licząc manhattanu) to normalne miasto :). Nie wywarło na mnie żadnych ochów i achów. Jest jedna tylko rzecz która ciągnie mnie tam (tym razem jako AP) to mentalność ludzi. Po prostu myślałam, że wszędzie są marudzący jak w Polsce, a tu całkowity szok!

    Mam nadzieje,że Stany jednak sprawią Ci wrażenie lepsze niż mi :P

    PS. Jesteś najśliczniejszą dziewczyną jaką widziałam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O mentalności to faktycznie nieraz słyszałam i aż się nie umiem doczekać zobaczyć jak to jest otaczać się samymi optymistami:D jakby nie było - tego w Polsce nie zaznasz.
      Też mam nadzieję, że mi się jednak spodobają i że chociaż trochę będą przypominały to co sobie w tej głowie natworzyłam :P

      O dziękuję Ci za komplement:* miło mi:)

      Usuń