niedziela, 27 lipca 2014

Hit the Road Jack!

Ostatnie chwile w domu, wrzucanie ostatnich rzeczy do walizki. Tak jest, jutro tej porze będę już za oceanem. W głowie się nie mieści i jakimś cudem dalej tego nie odczuwam, że za kilka godzin po raz ostatni wyjdę z domu i przez rok do niego nie wrócę. Ale w końcu sama tego chciałam. Najważniejsze jest to, że jakimś sposobem zmieściłam się w 23 kg, więc jestem z siebie naprawdę dumna:D teraz tylko przeżyć całą podróż bez komplikacji. Do usłyszenia/zobaczenia czy cokolwiek zza oceanu!


środa, 23 lipca 2014

Last days

No i w końcu jest! Po długim czasie i kilku nieporozumieniach, dotarła moja kochana walizka. Oficjalnie mogę więc zacząć wielkie pakowanie, które tak jak przypuszczałam zapowiada się bardzo ciekawie. Ciekawie choćby dlatego, że na wstępie muszę się zastanowić nad rozwiązaniem następującej zagadki: walizka ma zmieścić 23kg (z czego pusta ma już 4), moja szafa, przypuszczam, znacznie więcej. Pytanie brzmi: jak ja biedna mam to teraz niby pogodzić?! Oczywiście rozsądnie byłoby wziąć jak najmniej, jakiś tam ulubionych rzeczy ale...co najmniej 3/4 moich ciuchów są moimi ulubionymi! I tu pojawia się problem. Wstępnie, tak skromnie zaczęłam odkładać rzeczy, które planuję zabrać i co? Połowa szafy pusta! Kupiłam worki próżniowe - człowiek, który je wymyślił jest moim bohaterem - szkoda tylko, że nie mają dodatkowo funkcji odejmowania kilogramów (dobra jednak nie był aż taki genialny). Problem z chęcią zapakowania całego swojego dobytku raz już przechodziłam wyjeżdżając na Erasmusa, więc teoretycznie powinnam już wiedzieć, co się z tym wiąże. Zabrałam wtedy oczywiście ABSOLUTNE minimum, bez którego nie byłabym wstanie przeżyć. Dosyć szybko jednak okazało się, że części z tych rzeczy nawet raz nie włożyłam na siebie...Zakładam, że tym razem będzie całkiem podobnie jeżeli znowu dam się ponieść sentymentom i zabiorę wszystko to, co już sobie przygotowałam. Także zdecydowanie przydałby się ktoś, kto mnie w razie czego opamięta. Mama chyba postanowiła sprawdzić się w tej roli i  stara się mi wytłumaczyć, żebym wzięła tylko tyle rzeczy, żeby wystarczyło na 'początek', bo znając mnie to nie będę długo czekać z wyjściem na zakupy. Oczywiście ma rację, ale patrząc na te stosy ubrań i innych rzeczy mój 'początek' zapowiada się baaardzo długi. A zakupy będą swoją drogą. Ale spokojnie, damy radę!



Co do prezentów - mam wszystkie! O dziwo, bo już myślałam, że do ostatniego dnia będę biegać po sklepach. Dla małego L. kupiłam polskie legendy po angielsku (sama sobie chętnie poczytam, bo okazało się, że nie wszystkie znam) i gry planszowe (ku mojej radości między innymi chińczyk). Dla hostki chustę z motywami góralskimi, a dla hosta książkę o moim regionie po angielsku. Kompletnie nie wiedziałam, co mu kupić, a z alkoholem nie chciałam ryzykować. Dodatkowo każdy dostanie kubek z napisem Polska i polskimi motywami oraz oczywiście słodycze. Bez szaleństw, ale to chyba nie w tym rzecz.

4 dni zostały, a ja dalej nie umiem uwierzyć, że już za chwilę będę za oceanem i zacznę spełniać swój American dream! Mimo, że już nie umiem się doczekać to nie czuję tego kompletnie, że za tydzień zmienię miejsce zamieszkania z Opolszczyzny na Connecticut. I przez cały, długi rok nie zobaczę tych wszystkich, których muszę tu zostawić. Ale cóż, właśnie tego chciałam. 28 lipca o godzinie 13 wraz z innymi au pairkami opuszczam Polskę.


niedziela, 6 lipca 2014

Wszystko i nic

O wyjeździe do Stanów marzę odkąd…odkąd  pamiętam. Trwa to już za długo, dlatego mój biedny umysł wyparł z siebie tą jakże istotną informację o tym, kiedy to się faktycznie zaczęło (robi to częściej, o czym zazwyczaj mam szansę przekonać się na egzaminach), dlatego uznaję to za jedno z wielu marzeń z dzieciństwa. Widocznie jako dziecko okazałam się nie być odporna (cóż za niespodzianka) na sztuczki amerykańskiego przemysłu filmowego, który serwował całemu światu wyidealizowany obraz swojego kraju. Dlatego za każdym razem, kiedy spotykałam śmiałków, którzy po powrocie z USA mieli odwagę wmawiać mi, że Aleja Gwiazd w Hollywood to zwykła ulica rodem z Warszawy tyle że z palmami, a żółte taksówki wcale nie są takie fajne to miałam ochotę zapytać Czy wy aby na pewno byliście w TEJ Ameryce?! No błagam, nie wiem, co by się musiało stać, żebym uznała te wszystkie miejsca za mało atrakcyjne. Obiecałam sobie, że nie uwierzę dopóki sama nie sprawdzę i dalej z tą dziecięcą naiwnością widzę siebie stojącą gdzieś na jakimś wzgórzu, patrzącą na słynny napis Hollywood i płaczącą ze szczęścia, że oto ja, której rodzona matka miała dosyć kiedy po raz setny jednego dnia powtórzyłam jej, że chcę do USA, stoję sobie w tym miejscu, oddycham amerykańskim powietrzem i chodzę po amerykańskiej ziemi. W którymś momencie (znowu nie pamiętam w którym) zdałam sobie sprawę że jako starsza o kilka lat osoba, a co za tym idzie teoretycznie kilka lat mądrzejsza powinnam wziąć poprawkę na te wszystkie filmy i TV i przestać ślepo wierzyć w to co prezentują. Próbując zmierzyć się z tą brutalną prawdą krok po kroku zaczęłam sobie uświadamiać, że może faktycznie nie wszystko będzie wyglądało tak jak mi się wydaje. Tylko, że to jest tak jak z książką, której bohatera wyobrażasz sobie jako greckiego boga z wyraźnie zarysowanym każdym mięśniem na torsie, potarganymi włosami i dwudniowym zarostem, a potem tą książkę ekranizują i do roli naszego Apolla obsadzają łysego pana z nadwagą i zakręconym do góry wąsem. Czyli kompletne przeciwieństwo perfekcyjnego wytworu Twojej wybiegającej poza granice zdrowego rozsądku wyobraźni. I już nawet nie chcesz iść do kina, bo Twój światopogląd właśnie legł w gruzach. Ja tak mam. Tak czy siak, nadal mam przeczucie, że nawet jeśli zobaczę sterty śmieci w środku miasta czy poczuję jakiś wyjątkowo paskudny zapach w miejscu co najmniej nieodpowiednim to pod warunkiem, że będzie to Nowy Jork, Los Angeles lub inne amerykańskie miasto to będę skłonna stwierdzić, że nie ma w tym absolutnie nic złego. I znowu wracamy do punktu wyjścia. Pożyjemy – zobaczymy – ocenimy.

Na dzień dzisiejszy pozostało mi dwadzieścia kilka dni do wyjazdu. Gdy było ich o dwadzieścia kilka więcej niż teraz to jedyne co czułam to zniecierpliwienie i ekscytacja. Teraz, mimo że dalej czuję głównie to, zdarzają się chwile słabości, w których strach wślizguje się do mojej świadomości i różne myśli kotłują się w głowie. Zdarzają się też takie, w których kumulują się i ekscytacja i strach i wychodzi ciekawa mieszanka wybuchowa, której nie jestem w stanie zidentyfikować. To chyba znaczy, że nadszedł moment, w którym zdałam sobie sprawę, że za chwilę naprawdę mnie tu nie będzie. Szczególnie, że za mną pierwsze pożegnanie – jedna z przyjaciółek wyjechała za granicę i prawdopodobnie już się nie zobaczymy. Jednak mam nadzieję, że tylko na pół roku, bo wtedy zamierzam ją i kilka innych oprowadzić po Nowym Jorku także dziewczyny nie kupujemy setnej pary butów (P.!) tylko odkładamy na bilet! A buty i tak sobie w NY kupicie.


Właściwie, zamiast gapić się na coraz szybciej przeskakujące cyferki na liczniku powinnam skupić się na prezentach dla rodziny, ale uwaga – pierwszy zakup dokonany. Mały L. dostanie książkę z polskimi legendami po angielsku, tak więc będziemy mieli co robić. Resztą prezentów pochwalę się jak już łaskawie je kupię, co może potrwać do ostatniego weekendu przed wylotem. Mam już też międzynarodowe prawo jazdy (które notabene wstyd komuś pokazać) i powoli dojrzewam do tego, żeby w końcu zabrać się za kupno walizki. B A R D Z O    P O W O L I . . .