poniedziałek, 12 maja 2014

Let's make it happen!

Długo zastanawiałam się, jak zacząć pierwszego posta na tym blogu. Pierwszy post – człowiek chce zrobić dobre wrażenie, ale ja nic mądrego nie wymyśliłam. Ostatecznie pomyślałam, że najrozsądniej będzie opowiedzieć kilka zdań o sobie, żeby było wiadomo z kim tu macie do czynienia. A więc nazywam się Danusia, mam 20 lat i zamierzam zostać Au Pair.  Mimo, że na studiach jeszcze muszę się trochę pomęczyć, bo aktualnie jestem dopiero na drugim roku Ekonomii, zdecydowałam, że właśnie teraz jest idealny moment na wyjazd i jakby nie było, spełnienie swojego wieloletniego marzenia. Trzeci semestr studiów spędziłam w Stambule na Erasmusie, skąd przywiozłam niezliczoną ilość wspomnień i kilka centymetrów w biodrach i talii… Ale dalej uważam, że było warto i nie żałuję żadnego zjedzonego tam kebaba!

Blog ten ma na celu uwiecznienie wydarzeń – tych mniejszych i większych, żebym na starość  (pojęcie względne – z moimi skłonnościami do zapominania może to być już za parę lat!) mogła przypomnieć sobie jak to w tej Ameryce było.

Historię z aplikacją pokrótce opisałam w zakładce Agencja, aplikacja…, dlatego nie będę się nad tym rozwodzić kolejny raz, ale chętnie pociągnę wątek związany z matchami. A więc nadszedł mój chwalebny dzień, w którym zostałam dodana do bazy Au Pair. Ekscytacja tego dnia sięgnęła zenitu, który z każdym kolejnym dniem zostawał brutalnie studzony przez brak chętnych rodzin na profilu. Nie wiem czego się spodziewałam, wszyscy w koło mówili, że to dopiero początek, mam być cierpliwa, ale to tak jakby powiedzieć dziecku, że dostanie swoją wymarzoną zabawkę pod choinkę, kiedy dopiero co minął Dzień Dziecka. Ja chciałam rodzinę! Tak przez kilka kolejnych dni pogrążałam się w rozpaczy, a przed oczami miałam już obraz siebie siedzącej na kolejnym nudnym wykładzie w październiku zamiast na ławce z muffinami z Carlo’s Bakery w Central Parku. Zdecydowałam, że tak nie będzie i jeżeli mam jednak nie jechać do USA to przynajmniej sama sobie te babeczki upiekę. Ale w między czasie sprawdziłam pocztę. A tam co? A Host Family is Interested In You! O mało nie zrzuciłam laptopa z kolan, drżały mi ręce i ledwo zdołałam je opanować, żeby zalogować się na profil i sprawdzić, któż to miał odwagę się mną zainteresować. Później przejrzałam zdjęcia, przeczytałam essay i poczułam, że to może być to. Umówiliśmy się na skype’a i tego dnia mogłam spać spokojnie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Był to mój pierwszy match, po 6 dniach od pojawienia się w bazie. Nie wiem czy to szybko czy nie, ale ja cierpliwością nie grzeszę i stąd ta ówczesna panika. Później kolejne rodziny pojawiały się na profilu, były meile, rozmowy, dylematy. Mimo wszystko, wspominam ten okres wyjątkowo sympatycznie. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy sprawdzając pocztę przed oczami pojawiał mi się e-mail o wcześniej wspomnianym tytule. Następnie ekscytacja i zaciekawienie, jakie są moje potencjalne rodziny. Pisać o tym epizodzie mogłabym długo, skrupulatnie opisując każdą rodzinę po kolei, ale zdecydowałam, że nie będę tego robić. Dlatego krótko podsumowując:
       - 3 tygodnie i 3 dni w bazie
                               - 9 rodzin (wszystkie ze wschodniego wybrzeża: 3x Connecticut, 2x Nowy Jork, 2x New Jersey, 1x Virginia, a ostatnia rodzinka nie wiem skąd była, gdyż nie zdążyłam sprawdzić).

Ostatecznie mój wybór padł na pierwszą Host Family (moi wybawcy) i w ten sposób 11 sierpnia opuszczam swoje polskie, urocze miasteczko, żeby zamieszkać w amerykańskim, uroczym miasteczku, którym jest Riverside w Connecticut, gdzie będę się opiekować równie uroczym, 5-letnim chłopcem.



4 komentarze:

  1. Hej :) Gratulację, raz jeszcze i być może do zobaczenia w USA :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! :) będę trzymać za Ciebie kciuki i za parę miesięcy na pewno widzimy się w USA :)

      Usuń