środa, 28 maja 2014

Update

Każdy z nas miał w swoim życiu ten zaszczyt, aby doświadczyć, jak w naszym kraju funkcjonują różnego rodzaju jednostki administracyjne. Wszyscy mamy różne doświadczenia z nimi związane, ale jakimś dziwnym trafem najczęściej słyszy się te raczej mało pochlebne opinie na temat pań (bądź panów) siedzących w urzędach po drugiej stronie kontuaru. Czemu tu się dziwić, ja sama nie lubię, kiedy pani urzędnik w podeszłym wieku wyładowuje na mnie swoją frustrację, dlatego że bezczelnie śmiałam przeszkodzić jej w wykonywaniu swoich obowiązków (do których należy między innymi obsłużenie mnie) i mieć do niej jakąś sprawę. Tak też, w związku z obowiązkiem posiadania wizy miałam w ostatnich dniach przyjemność przekonać się, jak funkcjonuje ubieganie się o wizę amerykańską i jak na razie w małym stopniu ocenić życzliwość urzędników konsulatu. Po otrzymaniu dokumentów z agencji przystąpiłam do procedury aplikacyjnej on-line, która przysporzyła mi niemniej nerwów niż nadciągająca sesja. Byłam świadoma, że wszystko musi być wypełnione z dokładnością szwajcarskiego zegarka, co w tak kluczowych momentach jest dla mnie prawdziwym wyzwaniem, bo przecież czemu się nie pomylić prawda? Tradycji musiało stać się za dość i nieświadomie uznałam, że jak najbardziej wypada mi im namieszać. Oczywiście o pomyłce zorientowałam się, kiedy już dumna, że tak dzielnie sobie poradziłam zatwierdziłam, że oczywiście wszystko jest w jak najlepszym porządku, poza tym przecież umiem wypełnić prosty formularz, prawda…? Otóż, jak się okazuje nie do końca. Na szczęście telefon do Warszawy uspokoił moje, w tym momencie już skołatane nerwy i powiedziano mi, że powinno obyć się bez komplikacji. Na spotkanie w konsulacie umówiłam się telefonicznie, rozmawiając z całkiem sympatyczną panią, która zadziwiła mnie swoimi dobrymi manierami, prosząc mnie za każdym razem, gdy musiała wprowadzić dane do systemu, o cierpliwość. Słodkim głosem odpowiadałam jej, że przecież nie ma sprawy, a w głowie dopowiadałam sobie, że nawet gdybym miała czekać 20 minut po każdej podanej przeze mnie informacji, nie pisnęłabym słówkiem, gdyż jak by nie było Pani również jest jednym z punktów na mojej drodze do USA! Teraz zostało mi cierpliwie czekać na dzień mojego spotkania i mieć nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, bez jakichkolwiek komplikacji. 

W między czasie rzuciłam się w wir nauki z powodu nieubłaganie nadchodzącej zmory każdego studenta – sesji. Według mnie (pół żartem, pół serio), studia byłby całkiem przyjemne, gdyby nie nauka. I wcale nie przeszkadza mi fakt, że przecież po to się na studia idzie. Ale powiedzmy sobie szczerze, niewiele jest takich kierunków, które w pełni przygotują nas merytorycznie do wykonywania zawodu, nie mówiąc już o stronie praktycznej. Oczywiście biorąc pod uwagę fakt, że będziemy należeć do grona szczęśliwców, którzy będą pracować w swoim fachu. Na szczęście, póki co nie zamierzam przejmować się pracą, bowiem na chwilę obecną mam ten przywilej, że MOGĘ mieć inne problemy na głowie. I to znacznie przyjemniejsze niż struktura rynku pracy czy bezrobocie w Polsce.

Podsumowując, wiem, że marudzenie wiele mi w chwili obecnej nie da i uczyć się trzeba. Mam jednak nadzieję, że profesorowie wstrzelą się w ten procent wiedzy, który posiadam, a z końcem czerwca rozstaniemy się w równie neutralnych stosunkach, jakie występowały między nami do tej pory. 


8 komentarzy:

  1. Kochana doskonale Cię rozumiem! Też studiuję ekonomię...na szczęście już kończę!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj to wiesz co czuję!:< mnie jeszcze trochę zostało, ale mam nadzieję, że wytrwam. Myślę, że rok przerwy w Stanach dobrze mi zrobi :)

      Usuń
  2. Tak, wypełnianie wnisku wizowego to najgorsze co może być i przez tydzień spać nie mogłam, bo myślałam, że mam błąd w adresie co się okazało nieprawdą. Stres był i niepotrzebnie, bo wizę mi przyznano :) Trzymam kciuki kochana, Buziaki! :)

    dodaję bloga do ulubionych, zapraszam blogbydaisy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam, że to znowu tylko ja coś namieszałam...:) teoretycznie wszystko powinno być okej, ale nadal się boję, że coś im się nie spodoba. Mam nadzieję, że tak jak Ty dostanę swoją wizę:)

      Bloga oczywiście też dodaję do swojej listy. Pozdrawiam!:)

      Usuń
  3. to mnie zaskoczyłaś ... bo zaczynając tego posta byłam przekonana, że nawiązujesz do polskich urzędów jako takich. No, ale cóż ... grunt, że przetrwałaś :D

    Haha, studia byłyby super gdyby nie nauka - popieram! Hej, ale warto zakończyć pewien etap w życiu by pozwolić sobie na zupełnie nowe przygody :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że warto! Życie jest za krótkie, dlatego trzeba żyć intensywnie :D a odbierając dyplom za te kilka lat będę miała świadomość, że zrealizowałam swoje marzenie:)

      Usuń
  4. Czasem warto pomarudzić! Oczywiście rozumiem narzekanie w kwestii biurokracji w Polsce... W życiu nie byłam w stanie załatwić wielu spraw.
    Nie wiem czy już po, czy nie, ale i tak życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze nie, ale jutro moja chwila prawdy! I (nie)dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń